Sports ST pyta, Training Lab odpowiada

Jesteśmy ciekawi w jaki sposób powstają pewne pomysły, rozwiązania, czy też charaktery, dlatego postanowiliśmy zadać parę pytań Panom z Training Lab i ustalić jaka jest ich historia. Pokusimy się o nazwanie tej rozmowy wywiadem , natomiast poprosimy o wyrozumiałość, to nasz debiut w takiej funkcji!


Jesteście trenerskim duo. Powiedzcie co przyciąga Was do siebie i sprawia, że Wasza współpraca trwa już parę lat?

Raczek: Na pewno bardzo zbliżona, o ile wręcz nie tożsama wizja pracy i hobby, jakim jest szeroko pojęta trenerka. Począwszy od wizji wysiłku dla amatorów/zawodników, przez standardy podczas prowadzenia zajęć, po nieustanną chęć rozwoju i progresu – i niekoniecznie chodzi tu o cyfry w podrzucie.

Abstrahując od spraw „służbowych”, przyjaźnimy się też dlatego (a może przede wszystkim?), że mimo różnic w charakterze mamy podobne poglądy na wiele spraw. Częstokroć identycznie postrzegamy pewne zdarzenia i sytuacje, bez słów dochodząc do takich samych wniosków.

Wspólne prowadzenie firmy będzie na pewno solidnym testem naszej relacji, niemniej do tej pory uzupełniamy się bardzo dobrze i wierzę, że nic w tej materii nie ulegnie zmianie. A jeśli, to tylko na plus.

Rysiek: Przede wszystkim bardzo się przyjaźnimy oraz darzymy ogromnym szacunkiem, zawsze licząc się ze swoim zdaniem. Jesteśmy osobami, które nie boją się otwarcie ze sobą rozmawiać. Nie mamy problemu, aby powiedzieć sobie nawzajem co nam się podoba a co wydaje się być "czerstwe". Każdy z nas ma trochę inny gust, odmienne zdanie, ale przez otwartą, szczerą dyskusję, zawsze dochodzimy do kompromisu, który często okazuje się być najlepszym z możliwych rozwiązań. Nasze charaktery różnią się od siebie a mimo to rozumiemy się bez słów, tym samym świetnie się uzupełniając. Pomaga również fakt, iż w tematach związanych z merytoryką oraz prowadzeniem zajęć nasze myśli są bliźniacze. Bardzo szanujemy swoją pracę oraz dużo się uczymy od siebie nawzajem. Na przyszłość naszej relacji patrzę z dużym optymizmem i spokojem.

Trenujecie swoich podopiecznych już od 5 lat. Jaki wpływ na Wasz rozwój osobisty i charakter ma codzienny kontakt z ludźmi?

Rysiek: Podopieczni, którzy zostawiają kawał serducha na sali treningowej są największą motywacją oraz motorem napędowym rozwoju osobistego. Z perspektywy trenera prowadzącego zajęcia dla licznej grupy osób, trzeba być pewnym tego, co się robi, wiedzieć, co chce się przekazać oraz umiejętnie taką grupą pokierować. Trening musi mieć spójną logiczną całość. To wymaga ciągłego zgłębiania tematu, poszerzania wiedzy oraz obserwowania i analizy zachowania osób uczestniczących w zajęciach. Nie można pozwolić sobie na stanie w miejscu. Brak rozwoju u trenera jest równoznaczny z brakiem rozwoju jego podopiecznych.

Raczek: Zasadniczy. Ostatnie lata utwierdziły mnie w tym, że na koniec dnia jakość zawsze się obroni. Chciałem i chcę być coraz lepszym trenerem dla swoich podopiecznych. Muszę się rozwijać równolegle na różnych płaszczyznach; zarówno treningowych, żeby móc lepiej zrozumieć charakter programowanego wysiłku, jak i międzyludzkich, żeby umieć zmotywować, cierpliwie wytłumaczyć, zrozumieć psychikę drugiej osoby. Ze wszystkich sił zachęcam również do wybrania podobnej ścieżki, czyli robienia tego, co naprawdę się lubi i próbować osiągnąć w tej dziedzinie jak najwyższy poziom. Uśmiech podopiecznych, ich zadowolenie z treningu i progresu, wdzięczność – to naprawdę buduje i daje kopa do dalszego działania.

Co w pracy trenera znajdujecie na tyle satysfakcjonującego, że postanowiliście zbudować wokół tego zajęcia całe swoje życie?

Raczek: Mógłbym w zasadzie przekleić ostatnie zdanie z poprzedniego pytania. Może zatem pokuszę się o małe ramy historyczne. Kiedy zaczynałem (2007), to widziałem siebie w consultingu a trenerskie papiery zrobiłem z dwóch powodów:

- chciałem samemu lepiej trenować i lepiej się odżywiać,

- chciałem mieć „fach” na wypadek, gdyby coś poszło nie tak i nie mógłbym w dłuższej perspektywie czasowej znaleźć zajęcia.

Dopiero później, w trakcie regularnej pracy, zrozumiałem, że to mi się zwyczajnie podoba. Wstawałem o 4:30, żeby o 6:00 już zaczynać pierwszą personalkę z kilku/kilkunastu a potem pojechać na uczelnię. Finansowo wychodziłem lepiej niż rówieśnicy z korporacji (oczywiście dopiero zaczynali), zaś satysfakcji i spełnienia miałem więcej. Zrozumiałem, że to właśnie chcę robić. Później na pewien czas odszedłem od trenowania (zdrowie) i utwierdziłem się, że biurko i monitor nie są dla mnie. Niedługo po powrocie do zawodu i branży na horyzoncie pojawił się crossfit, dzięki któremu poznałem jeszcze większą frajdę, jaką było prowadzenie zajęć grupowych.

Dzisiaj widzę, jak wiele aspiracji mogę zrealizować dzięki istnieniu Training Lab. Pomysłów jest masa, teraz pozostaje ciężko pracować, wszystko robić możliwie najlepiej i tym sposobem zawalczyć o lepsze jutro.

Rysiek: Główną część mojej pracy stanowi prowadzenie zajęć grupowych. To właśnie ta forma treningu przynosi mi najwięcej satysfakcji. Nawiązywanie kontaktu z każdą kolejną osobą, która zjawia się na zajęciach, wyjątkową i inną na swój sposób od reszty. Obserwowanie jej drogi do celu oraz pomoc w jego osiągnięciu, widoczny progres formy i tym samym poprawa jakości jej życia, to wystarczające argumenty do tego, aby robić to dalej i starać się być w tym jak najlepszym. Uśmiech i wdzięczność tych osób są najlepszą nagrodą za zaangażowanie włożone w programowanie i prowadzenie treningów.

Czy ścieżka rozwoju, którą przeszliście (trener – właściciel klubu) według Was jest naturalna, czy jednak nie jest ona dla wszystkich?

Rysiek: Od długiego czasu w głowie przewijała się wizja wymarzonego klubu z autorskim programem treningowym a zbieg zdarzeń, które miały miejsce dodały odwagi i utwierdziły w tym, aby finalnie podjąć decyzje o stworzeniu czegoś własnego. Nie mi jednak oceniać czy taka ścieżka jest dla wszystkich. Są różne miejsca, różni ludzie. Jeżeli ktoś wierzy w to, co robi, jest autentyczny i wkłada w to całe serce, to prędzej czy później przyciągnie do siebie osoby, którym ta wizja odpowiada.

Raczek: Konkretyzując: w przypadku trenera prowadzącego zajęcia grupowe/trenera crossfit uważam, że każdy z nas ma w głowie wizję tego, jak urządziłby miejsce mając 100%-ową decyzyjność. Odpowiadając wprost – wydaje mi się naturalnym, że kiedyś pojawia się myśl o własnym biznesie. Natomiast czy taka ścieżka jest dla wszystkich? Nie mi na to odpowiadać – rynek zweryfikuje.

Równolegle do pracy trenerskiej zajmujecie się programowaniem treningowym przeznaczonym zarówno dla klubów, jak i zawodników. Czego nauczyliście się podczas tej przygody?

Raczek: Program dla klubów nie wypalił. Mieliśmy co prawda kilka zapytań, ale na tym się skończyło. Wynika to z tego, że nawet gdy ktoś chciał skorzystać z naszych usług, to krzywił się na myśl, że to nie będzie zindywidualizowane wyłącznie pod niego. Chcieliśmy stworzyć jeden, ogólny, dobry dla klubowiczów program, uwzględniając w uwagach co w przypadku braku wystarczającej liczby ergometrów, biegania w treningu itd. Działałoby to na zasadzie subskrypcji, naprawdę niedrogiej. Pełna indywidualizacja planu natomiast kosztuje, po prostu. Nie wszyscy jednak rozumieją taką zależność.

Program zawodniczy ma się bardzo dobrze. Training Lab PRO jest planem dedykowanym dla tych atletów, którzy chcą trenować z myślą o zawodach, zdecydowanie więcej niż regularnie na klubowych zajęciach, ale jednocześnie nie mają czasu na dwie sesje po 3h. Objętość naszego planu nie jest duża (w porównaniu do innych programów), dzięki czemu możemy wydobyć z podopiecznych max możliwości, umiejętnie łącząc wysiłek z regeneracją. Premiujemy sportową „czystość” i tym bardziej nas cieszy, że podążający planem wygrywają zawody, nieraz łącząc swoje hobby z ponad-pełnoetatową pracą.

Najważniejsze, czego się nauczyłem, to faktyczne rozróżnienie na trening amatorski i zawodniczy. Od dawna miałem poczucie, że to nie jest do końca to samo i że nie chodzi po prostu o skalowanie planu dla zawodników, danie go amatorom i będzie super. Nie będzie. Plan PRO pozwolił mi ostatecznie zrozumieć, że programowany wysiłek dla klubowiczów powinien być inny, co stało się „kamieniem węgielnym” idei Training Lab.

Rysiek: Tego, że jeżeli ktoś opiekuje się ~20 zawodnikami i twierdzi, że każdemu układa plan indywidualnie i tylko pod niego, to kłamie ;)

A tak całkiem poważnie - nawiązując do powyższego stwierdzenia, nauczyłem się, że zbyt duża liczba narzuconych na siebie obowiązków powoduje, że żadnego z nich nie jesteśmy w stanie wykonywać na 100%. Między innymi z ograniczeń czasowych, PRO nie jest zindywidualizowanym planem a propozycją uniwersalnego programu skierowanego do określonej grupy osób, które chcą walczyć o najwyższe cele na zawodach Crossfit.

Aktualnie nastawiamy się na wszechstronną budowę sprawności fizycznej, która najbardziej pracowitym pozwoli wejść na poziom umożliwiający rywalizowanie z najlepszymi atletami w Polsce i Europie. Tegoroczne doświadczenia sprawiły, że coraz mocniej dojrzewamy do prawdy - aby pojechać na Crossfit Regionals, trzeba całe swoje życie podporządkować odpowiedniemu trybowi, który zwiększy szanse na start w/w imprezie. Tylko czy każdy z zawodników naprawdę tego pragnie? Czy wie, co to oznacza? Czy może sobie na to pozwolić? Pracując na pełen etat, chcąc trenować na czysto, z roku na rok, coraz ciężej będzie nawiązać walkę z czołówką. Trzeba być tego świadomym.

Nasz plan charakteryzuje się dość niską, w porównaniu do innych planów objętością, która dla osoby niewtajemniczonej na pierwszy rzut oka mogłaby kompensować wcześniej wymienione życiowe niedogodności. Nic bardziej mylnego. Każdy organizm ma indywidualną granicę odporności na czynniki stresujące, po przekroczeniu której uniemożliwią one progres jego formy. Nie wolno zapominać, że ciężki trening jest również stresorem. Chcąc wydobyć maksymalny potencjał z atlety trzeba mieć to na uwadze. Miedzy innymi dlatego PRO jest "znośny" objętościowo, nawet dla najbardziej zapracowanych osób, które posiadają aspiracje zawodnicze.

Co Was skłoniło do podjęcia decyzji o stworzeniu własnego klubu?

Raczek: Każde pytanie miało być do nas obu, więc odpowiem za siebie, choć mógłbym to zrobić w liczbie mnogiej. Zarzucono mi coś, co nie miało miejsca a tego po prostu nie toleruję. Tworzenie klubu nie było zaplanowanym od dawna procesem, tylko jedynym rozwiązaniem w zaistniałej sytuacji. Dwa dni po odejściu z Docka pojechałem na miesięczny urlop i uwierzcie, że mając perspektywę braku pracy, z takiej atrakcji bym zwyczajnie zrezygnował. Na szczęście tego nie zrobiłem, bo to były najlepsze wakacje życia.

Później, kiedy ochłonąłem, uświadomiłem sobie, że to jest wielka szansa na realizację tych wszystkich przemyśleń, które pojawiły się w głowie na przestrzeni ostatnich lat. Teraz już nie mogę się doczekać, jak maszyna ruszy.

Rysiek: Potwierdzam słowa napisane przez Pawła oraz rozwinę trochę odpowiedź na pytanie nr.4:

W grudniu 2012 roku powstała "erka", pierwszy crossfit box w Warszawie, którego miałem przyjemność być współzałożycielem oraz trenerem. Znany dziś większości system treningowy wtedy dopiero zaczął pojawiać się w Polsce. Nie było na kim się wzorować, więc wszystko z początku było jedną wielką improwizacją. Uczyliśmy się na własnych błędach oraz na tym, co zobaczyliśmy w sieci. Brak doświadczenia musieliśmy nadrabiać zaangażowaniem. W trakcie pierwszego roku funkcjonowania R99, poczułem ile satysfakcji i frajdy może przynieść tworzenia miejsca od zera oraz wpływanie na to, jak docelowo ma ono wyglądać. Rok przy ulicy Racławickiej był dla mnie cennym doświadczeniem oraz możliwością prowadzenia treningów dla wielu fantastycznych ludzi.

Po rozstaniu z "Erką" pojawiła się perspektywa pracy w filii Crossfit Dock, która miała powstać na Stadionie Narodowym. Moim jedynym zadaniem było współtworzenie oraz prowadzenie treningów, wiec starałem się wywiązywać z obowiązków jak najlepiej. Poświęcenie się jedynie temu zajęciu pomogło mi rozwinąć się trenersko. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak zrobienie kroku w tył (bycie właścicielem klubu z pozoru może wydawać się przecież bardziej prestiżowe), jednak dzięki porozumieniu i tożsamej z Raczkiem wizji, satysfakcja była ogromna a praca rozwojowa. Mimo, iż nie rozmawialiśmy o tym otwarcie jestem pewien, że już wtedy u obydwu pojawiał się z tyłu głowy zarys wymarzonego miejsca.

Pomimo problemów, które przysparzał (jako miejsce) Stadion Narodowy, muszę przyznać, że sytuacja była dość wygodna. Z czasem jednak całkowicie naturalnie pojawiła się potrzeba decyzyjności oraz bycia odpowiedzialnym za to, jak wygląda i funkcjonuje miejsce, w którym prowadzimy treningi. 'Ciepła posadka' nie przyczynia się przecież do rozwoju oraz spełniania marzeń. Jeżeli kocham to, co robię, to nie chce wychodzić każdego dnia z pracy sfrustrowany z powodu zdarzeń, na które nie mam najmniejszego wpływu. Mieliśmy dość świecenia oczami przed osobami, które pomimo ciężkich warunków do treningu z ogromnym zapałem przychodziły na zajęcia.

Training Lab powstaje m.in. dzięki energii, którą otrzymaliśmy od tych właśnie wspaniałych ludzi.

Wiemy, że Training Lab nie będzie boxem CrossFitowym. Powiedzcie zatem, jakiego miejsca możemy się spodziewać oraz co będzie tym elementem, który przekona nawet najdalej mieszkających warszawiaków do wycieczki na Grochowską?

Raczek: Zasadnicza różnica to powrót do korzeni każdej z trzech aktywności, które składają się na cały CF. Podnoszenie ciężarów chcemy traktować pedantycznie, technicznie, siłowo a nie jako element wydolnościowy, gdzie jest do zrobienia 30 rwań na czas. Olimpijskie boje nie są narzędziem do budowy kondycji.

Wyobraźmy sobie metkon z m.in. 55 martwymi ciągami na 100 kg (tak, znajomy). I teraz czy mam to potraktować jako jednostkę „compound movement performed at high intensity” czy też minimalizując ryzyko urazu zmniejszyć ciężar i/lub tempo, nie wchodząc na wymaganą intensywność? Oczywiście w teorii wszyscy ruszają się jak Froning, ale w praktyce taki schemat treningu spowoduje uraz u wielu klubowiczów. I pytam: po co? Co z tego wyniknie, że zrobię te ciągi poniżej 3 minut a potem przez tydzień będę chodził w tejpach od dupy po kark? Żeby usłyszeć „no Raku deadlifty sztos”? Uważam, że to jest wina założeń danego WOD-a. Chcesz intensywności? Siadaj na rower albo zrób burpee z doskokiem do drążka. Martwy zostaw do spokojnej budowy siły, bo to tego służy.

Zrozumiałem, że nie chcę dłużej uczestniczyć w gloryfikacji bólu i cierpienia, co często górnolotnie określa się mianem „przekraczania granic” czy też „wychodzenia ze strefy komfortu”. Nie zgadzam się z wizją, w której sprawność determinowana jest przez zegar i ilość bąbli na rękach a nie jakość wykonywanego ruchu. Podsumuję krótko, żeby nie zostać źle zrozumianym: w teorii wszystko wygląda super. Każdy jest świadom zagrożeń, każdy dąży do możliwie najlepszej techniki kosztem wyniku itd. W teorii. W praktyce tak nie jest. Sama formuła treningu może z powodzeniem rozwalić nam podopiecznych, jeżeli np. po wiosłach, burpee i wspieraniach zaserwujemy 10 zarzutów do siadu 100 kg. Układając taki trening radykalnie zwiększamy ryzyko kontuzji. Bo to, że powiemy przed treningiem o założeniach i skalowaniu, to jedno. To, że klubowicz chce się do nich zastosować i szczerze pilnować, to drugie. A to, że jest wyjebany z kapci po wcześniejszych elementach i chcąc nie chcąc niebezpiecznie koślawi tak złożony ruch, to trzecie.

Czemu nie kipping? Bo nie ma potrzeby. W Training Lab nie traktujemy ruchu jak sędzia, widząc punkt początkowy i końcowy. Chcemy, żeby ćwiczenie w danej konfiguracji treningu przyniosło zamierzony efekt. Jeżeli jest nim podciąganie, to chodzi o siłę, kontrolę, spięcie całego ciała a nie szarpanie, byle broda wystawała nad drążek, bo wtedy już jest OK. Handstandy – z jednej strony powtarzanie, że quality! najważniejsza. Pozycja hollow, gimnastyczny majstersztyk. Z drugiej – podanie w treningach kwalifikacyjnych standardu, który nie tylko premiuje, ale wręcz wymusza hiperlordozę i pchanie pięt w górę, żeby przekroczyć kreskę. Rwanie? Nie interesuje nas byle jakie przeniesienie ciężaru z ziemi nad głowę, co przy metkonie z ciężarem 25/35 kg będzie miało miejsce. Dociąg, poderwanie, wyłapanie, wszystko zgodne z ciężarową sztuką. Conditioning? Oparty na ruchach, które mimo solidnego zmęczenia będą wykonane poprawnie, to solidny krok w stronę eliminacji urazów. Dbanie o to ostatnie będzie jednym z naszych znaków rozpoznawczych.

Zatem – ciężary i siła bezwzględna to jedno, gimnastyka i siła względna to drugie, zaś budowa silnika to trzecie. W telegraficznym skrócie tak to będzie wyglądało. Chcemy położyć ogromny nacisk na mobilizację, targetowane rozgrzewki, z pietyzmem podchodzić do każdego elementu. Chcemy, żeby Labowcy byli ZDROWI i dobrze się czuli w swoich ciałach, to jest dla nas priorytetem. Nie PR w back squatcie, notabene o który proszę się nie martwić.

Rysiek: Merytorycznie nic dodać nic ująć - Training Lab to miejsce, w którym będziemy trenować mądrze. Uważamy, że jest pewna luka do zapełnienia - pomiędzy treningami, podczas których występuje notoryczne NIEdotrenowanie a pomiędzy wysiłkiem, w którym jedynym założeniem jest regularny "zajazd", wykorzystując do tego ruchy, których na intensywności używać się według nas nie powinno.

Chcemy, aby nasi podopieczni nie mogli doczekać się ponownej wizyty na Grochowskiej, tak jak my nie możemy doczekać się kolejnego poprowadzonego treningu. Dołożymy wszelkich starań, aby osoby uczestniczące w zajęciach czuły się zaopiekowane oraz wiedziały, jak poprawnie technicznie wykonać każde z serwowanych przez nas ćwiczeń. Skutecznie i do znudzenia będziemy udzielać wskazówek każdej z ćwiczących osób. Trenując świadomie poprawi się jakość wykonywanego ruchu, co wpłynie na szybszy rozwój sprawności fizycznej.

TRNG LAB będzie przyjemnym miejscem, w którym można się nie tylko zmęczyć, ale też odpocząć po wysiłku na antresoli z widokiem na sale treningową, napić dobrej kawy oraz miło spędzić czas ze znajomymi. Serdecznie zachęcam, aby każdy sprawdził na własnej skórze czy nasze miejsce oraz idea, którą propagujemy mu odpowiada.

Jaka jest najgorsza treningowa rada jaką często zdarza Wam się zasłyszeć?

Rysiek: Jednej nie sposób wymienić.  Dość irytujące jest upieranie się, że to, co się robi i jaką wiedze przekazuje, to jedyna słuszna droga dla wszystkich. Dla jednej osoby taka metoda może być zbawienna, dla drugiej zaś kompletnie bezużyteczna. Tak jak nie ma jedynego właściwego rozstawu stóp przy przysiadzie, tak nie ma jedynej racji treningowej. Wszystko zależy od potrzeb danej osoby. Zamykanie głowy na inne metody oraz brak pokory to chyba najgorsze połączenie.

Raczek: Nic stricte treningowego nie przychodzi mi do głowy. Pokrewnie: denerwuje mnie upieranie się przy jednym rodzaju odżywiania w kontekście skutecznej realizacji założonego celu. Przykładowo: trening nigdy na czczo albo co najmniej 5 posiłków. Jako ludzie jesteśmy tak różni, że znajdą się kulturyści weganie, crossfiterzy wegetarianie z sześcioma posiłkami dziennie, mięsożerni długodystansowcy jedzący tylko jeden posiłek itd. Trzeba szukać tych produktów i kombinacji, po których czujemy się dobrze. Tylko tyle i aż tyle.

Gdybyście mieli do dyspozycji największy billboard w Warszawie, co byście za jego pomocą powiedzieli?

Rysiek: Minimalizm. Czarne tło, logo, adres miejsca oraz ‘www.traininglab.pl’.

Raczek: Logo, adres klubu, strona internetowa. Czyli jak wyżej. Skoro byłby to największy billboard w stolicy, to mnóstwo ludzi zastanawiałoby się co to za koty mogą pozwolić na taki wydatek i czy to jakiś wstęp do grubej kampanii *śmiech*. Z ciekawości weszliby na stronę i być może chętnie spróbowali.


Przemysław Matysek

Pomysłodawca i współwłaściciel Sports ST. Moja przygoda z branżą sportową i sprzętem treningowym trwa już od 2012 roku.

Back top